środa, 11 lipca 2018

"Rogi" Joe Hill

Lubię kupować książki po taniości, chętnie za złotówkę. W księgarni robię zakupy raz na ruski rok, najczęściej za punkty pracowicie uciułane wypełnianiem ankiet. Tym razem było inaczej. Obejrzałam film, który zaintrygował mnie do tego stopnia, że przegrzebałam sieć w poszukiwaniu informacji o nim. Kiedy wyczytałam, że powstał na podstawie książki, natychmiast zdecydowałam się ją kupić. Nie mogłam jej nigdzie znaleźć, w końcu upolowałam ją na Allegro, za cenę, za którą miałabym z dziesięć innych pozycji. Co to za książka (i film)? "Rogi" Joe Hilla.

Może to nie jest zbyt dobry pomysł - czytać powieść po obejrzeniu ekranizacji. Znałam już fabułę, wiedziałam kto jest ofiarą, a kto katem. Nie przeszkodziło mi to jednak wciągnąć się (jeszcze raz) w historię, delektować się nią. Choć "delektować się" nie do końca tu pasuje, bo "Rogi" to pikantne danie, po którym następnego dnia można czuć pieczenie w końcowym odcinku przewodu pokarmowego. Z drugiej strony, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Nie paliło aż tak mocno.

niedziela, 3 czerwca 2018

"Gwiazdy w ogrodzie" Joanna Lustyk


Miałam do tej książki dwa podejścia. Za pierwszym odstawiłam ją na półkę po przeczytaniu kilkunastu stron, wkurzona na autorkę, która (prawnik z zawodu!) tak lekkomyślnie pisze o poważnych oskarżeniach rzucanych przez małą dziewczynkę na Bogu ducha winnego malarza. Drażniła mnie też sama dziewczynka, przemądrzała kłamczucha. Stwierdziłam, że nie zdzierżę takiego rozwydrzonego bachora (tak, napisałam to. Dla mnie niewychowane dziecko to bachor i naprawdę mi nieprzykro określać je w ten sposób) i daję sobie spokój, bo żyłka mi pęknie. I tak stała ta książka na półce, kusząc sympatyczną okładką i odpychając wspomnieniem o mojej irytacji przy czytaniu tejże. Aż w końcu nadszedł dzień, kiedy miałam ochotę na coś raczej lekkiego, niewymagającego - ot tak, do kawy i ciastka. Przeglądnęłam swój zbiorek i dałam "Gwiazdom w ogrodzie" drugą szansę. 

niedziela, 27 maja 2018

"Listy miłości" Maria Nurowska

Czasem nachodzi mnie refleksja, że współcześni (nie tylko polscy) pisarze nie mają już takiej łatwości operowania słowem jak ci starsi wiekiem i stażem, przez co tworzą powieści grubsze. Nie potrafią zawrzeć myśli w jednym czy dwóch zdaniach - zabiera im to pół strony bądź więcej. Czy to źle? Niekoniecznie, po prostu czasem mi żal. I nie chodzi mi tu o geniusz zamykania całej historii w jednym zdaniu jak u Hemingwaya ("Na sprzedaż: dziecięce buciki, nigdy nienoszone"), tylko o lekkość słowa, giętkość, zwięzłość. Nieczęsto ją dziś widuję.

Refleksja naszła mnie kolejny raz po lekturze "Listów miłości" Marii Nurowskiej. Przeczytałam je w niedzielny poranek na balkonie. Skończyłam, nim ostatnia smuga słońca opuściła płytki (północna strona bloku) i nie mogłam już wygrzewać się na nich jak jaszczurka. Odłożyłam książkę, usłyszałam: "No i jak?" Westchnęłam i odpowiedziałam: "Nie wiem co mam o niej myśleć". Ledwo ponad 200 stron, a tak zmusza do dumania nad historią, męczy i nie daje spokoju.

niedziela, 13 maja 2018

Majówka w Szczyrku

Dziś tak trochę nietypowo, nie-książkowo, ale poznałam wspaniałe miejsce i uważam, że warto puścić w świat informację o nim. Choć dopiero teraz znalazłam czas, żeby przysiąść i opisać nasz wyjazd do Szczyrku i majówkę w Malinówce.

Majowy Szczyrk jest radośnie zielony i cudownie pachnie bzem. Jak przystało na miejscowość dłuższą niż szerszą, daje turystom wspaniałą możliwość spaceru główną ulicą (biegnie przez niego droga wojewódzka numer 942) i karmienia oczy zielenią pokrywającą wzgórza. Widać, że to miasteczko wyraźnie turystyczne - praktycznie co dom to pensjonat - do tego w dużej mierze ukierunkowane na sporty zimowe, w tym narciarstwo. Jednak ani przez chwilę nie mieliśmy poczucia, że to nie ten czas, że Szczyrk jest ciągle w uśpieniu i dopiero zimą pokaże swoje najpiękniejsze oblicze. Powiem więcej, jestem przekonana, że szczególnie zachwyca jesienią, kiedy zieleń otaczająca go z każdej strony zaczyna zmieniać się w różne odcienie brązu i złota. Jest warty tego, żeby się o tym przekonać, więc kto wie, czy nie zjawimy się w nim w okolicach września czy października. Choćby tylko na kubeczek barszczu, o którym później...

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Pani Kimble" Jennifer Haigh


Wróciłam zmęczona do domu z myślą, że zjem cokolwiek i mknę pod kołdrę. Zabrałam ze sobą książkę, która czekała na swoją kolej na półce chyba z pół roku. Oczy same mi się zamykały, ale zaczęłam czytać (żeby dobić się już do końca) i... nie mogłam się od niej oderwać. Wciągnęła mnie już od pierwszej strony jak dobry kryminał, a miała być przecież "zwykłą" obyczajówką. Gdyby nie zmęczenie, skończyłabym ją późno w nocy. Była pierwszą rzeczą, po którą sięgnęłam, kiedy tylko otworzyłam oczy następnego dnia. Taka to była zwykła obyczajówka.
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.